Terytorium Jacka

Ławeczka przyjaciół Billa W.

Idea urzeczywistnienia pewnego mojego pragnienia pojawiła się wiosną 2016 roku, podczas przygotowań projektu Joanny „Ławeczka i róża” w ramach działalności Fundacji Re:born. Otóż, kilkanaście lat temu usłyszałem gdzieś w AA, że w Stanach Zjednoczonych kiedy trzeźwiejący alkoholik jest na głodzie alkoholowym, może w praktycznie w każdej sytuacji szukać dla siebie pomocy dowiadując się, czy gdzieś w pobliżu jest jakiś „przyjaciel Billa W.” Nikogo więc tam nie zdziwi komunikat stewardesy w samolocie: „czy jest na pokładzie przyjaciel Billa W.?” Dla osób niewtajemniczonych ów komunikat będzie nieznaczącym, jednym z wielu ogłoszeń, natomiast dla ludzi walczących o trzeźwość jasnym sygnałem, że jakiś alkoholik potrzebuje pomocy. Pomyślałem sobie wtedy, że fajnie by było rozpropagować ten zwyczaj w Polsce, bardziej jednak zaintrygowało mnie samo sformułowanie „przyjaciel Billa W.”.
Zacząłem się zastanawiać: a któż to właściwie jest przyjaciel Billa W.? Odpowiedź nasunęła mi się od razu: to proste, no przecież każdy Anonimowy Alkoholik. Jednak po chwili stwierdziłem, że chyba jednak nie do końca. To, że się o kimś słyszało, czy to, że podziela się jego ideały, nie znaczy od razu, że się jest jego przyjacielem. Przyjaciel to ktoś dużo bliższy. Ponieważ był to czas, kiedy już jakiś czas nie piłem, dużo osób przestało ze mną się spotykać. Z terapii wiedziałem, że to naturalna kolej rzeczy, było jednak parę osób, którzy mnie rozczarowali, gdyż miałem ich za przyjaciół. Tymczasem, kiedy moja wizja życia diametralnie się zmieniła, oni – delikatnie mówiąc – nie podzielili tego i powoli odsuwali się ode mnie. Byłem więc wyczulony na słowo „przyjaciel”. Zresztą zawsze zważałem na adekwatność wypowiadanych słów. Być może też wtedy, w moim mniemaniu nie miałem przyjaciół, gdyż nikt wówczas nie spełniał kryteriów, którymi określałem przyjaciela. Uważałem wtedy – i teraz zresztą też – że przyjaciel to ktoś wyjątkowy, ktoś, kto z jakichś powodów jest mi bardzo bliski, ktoś, kto jest w stanie mnie zrozumieć i ja jego, i komu mogę powierzyć swoje najskrytsze tajemnice. Przyjaciel nigdy mnie nie oszuka, zawsze znajdzie dla mnie czas, nigdy mnie nie wyśmieje, to ktoś, kto może bezinteresownie ofiarować mi siebie, a w skrajnych sytuacjach gotowy jest nawet oddać życie za swojego przyjaciela. Ale chyba najważniejszym dla mnie kryterium określające przyjaciela, to duchowa więź z takim człowiekiem czyli taka trochę metafizyczna, taka, która daleko wykracza po za naszą emocjonalność.
Kiedy więc trzeźwiejąc, zacząłem odkrywać swoją duchowość, zorientowałem się, że mam kilku takich przyjaciół, mimo, że nigdy nie dane było mi ich osobiście spotkać. Poznałem te osoby poprzez lekturę ich biografii, autobiografii, listów, dzienników, opisów własnych doświadczeń, szczególnie tych duchowych. To, co przeżywali i doświadczali było mi bliskie, rozumiałem to, nie trzeba było dodatkowych wyjaśnień, by mieć jasność, co do niektórych aspektów ich życia. Później okazało się, że byli też inni przyjaciele, osoby, które stały mi się bliskie, kiedy usłyszałem ich historie życia na mityngach, rekolekcjach, warsztatach, terapiach czy różnych innych wyjazdach, w których wtedy często brałem udział. Zdarzało się, że dopiero co żeśmy się poznali, a już potrafiliśmy rozmawiać o takich rzeczach, których nawet byśmy nie poruszali z najbliższą rodziną, i to nie dlatego, że to jakaś tajemnica, a po prostu dlatego, że oni by tego nie zrozumieli. Z częścią tych osób zaprzyjaźniłem się na tyle, że do dzisiaj utrzymujemy w miarę regularne kontakty. Każde takie spotkanie wnosiło coś nowego w moje życie duchowe.
W taki też sposób zawiązała się przyjaźń pomiędzy Billem W. a dr Bobem S.. Spotkanie, które z założenia dr Boba miało trwać 15 minut, przeciągnęło się do 6 godzin. Dr Bob później opowiadał, że Bill „mówił moim językiem, znał wszystkie odpowiedzi, z pewnością nie dlatego, że wyszukał je w książkach”. Ani jeden, ani drugi nie spodziewali się, że dzielenie się własnym doświadczeniem walki z alkoholizmem sprawi, że zostaną przyjaciółmi do końca życia.
W taki też sposób William Griffith Wilson, bo tak brzmi pełne nazwisko współzałożyciela Anonimowych Alkoholików stał się i moim przyjacielem. Jego życie, pragnienia, sukcesy, porażki a nade wszystko duchowe poszukiwania okazały mi się na tyle bliskie, że poczułem z nim właśnie tą duchową więź. A może Bill W. stanie się także Twoim przyjacielem? Opowiem Ci o nim.
Sam Bill wielokrotnie opowiadał swoją historię, nazywając ją „opowieścią do poduszki”, która później została spisana w książce pt.: Przekaż dalej. Opowieść o Billu Wilsonie i o tym jak posłanie AA ogarnęło cały świat. W tej i innych tego typu pozycjach1, zobaczyłem przeciętnego człowieka, mającego – chyba jak każdy – marzenia o szczęśliwym życiu, rodzinie, karierze zawodowej, który z jakichś przyczyn uwikłał się w alkoholizm, co potem zdominowało całe jego dorosłe życie. Przeszedł wszystkie stadia choroby alkoholowej, cały proces wychodzenia z nałogu, a kiedy mu się to udało, podjął walkę o drugiego alkoholika.
Bill urodził się 26 listopada 1895 roku w East Dorset w USA. Był dzieckiem bardzo inteligentnym i ponad wiek rozwiniętym. W szopie na drewno urządził sobie małe laboratorium, gdyż uwielbiał robić eksperymenty naukowe, zbudował sobie na przykład telegraf, którym alfabetem Morse’a kontaktował się ze swoim przyjacielem z dzieciństwa – Russem. Inne dzieła, które stworzył, to bumerang, łuk, narty, sanki a nawet skibob i bojer.
Bill od dziecka był też bardzo depresyjny, co miało go zresztą potem trapić całe życie (być może, miało to również pewien wpływ na jego uzależnienie). Pierwszą depresję przeżył w wieku 10 lat, kiedy rodzice się rozwiedli. Bill bardzo przeżył rozstanie z ojcem, którego uwielbiał. Potem w wieku 17 lat była druga depresja, kiedy z powodu powikłań pooperacyjnych zmarła jego wielka miłość Bertha. Potem, kiedy Bill pił, też często nachodziły go stany depresyjne, ale taki największy kryzys związany z depresją, rozpoczął się u niego w wieku 49 lat i trwał 11 lat.
Pierwszy kieliszek, a właściwie drink w postaci koktajlu Bronx, Bill wypił będąc w wojsku pod koniec 1917 roku (Ameryka przystąpiła do I wojny światowej). Jak sam później stwierdził nigdy nie miał żadnej kontroli nad alkoholem, zawsze wypicie alkoholu kończyło się u niego upiciem, nierzadko do nieprzytomności. Bycie pod wpływem alkoholu podobało mu się, a to jak wiadomo, to nie wróżyło nic dobrego na przyszłość. Zanim jeszcze Billa wysłali na front do Europy, ten szybko ożenił się z Lois Burnham. Po wojnie Bill wrócił do kraju i szukał pracy w różnych miejscach. W końcu znalazł pracę na giełdzie papierów wartościowych i zaczął robić karierę. Niestety równolegle z karierą maklera giełdowego, pogłębiał się jego alkoholizm. Bill pił coraz więcej i coraz częściej, a lata 1929-1932 to właściwie jeden ciąg alkoholowy i okres, który później z Lois określali jako najgorszy okres w ich życiu. Jak wiadomo też, w tych latach w USA rozpoczął się wielki kryzys ekonomiczny oraz nastąpiło apogeum szkód społecznych, jakie wyrządziła wprowadzona w 1920 roku prohibicja, toteż tragedia małżeństwa Wilsonów miała totalny charakter. Nie mogli też mieć dzieci, ponieważ wszystkie trzy ciąże Lois były ciążami pozamacicznymi i w końcu lekarze oznajmili im, że nie będą mogli mieć dzieci. Chcieli później adoptować dziecko, ale adopcja nie doszła do skutku z powodu nadużywania alkoholu przez Billa.
Pod koniec 1933 roku Bill trafia pierwszy raz do szpitala psychiatrycznego (bo tylko tam trafiali ludzie w psychozie alkoholowej i w skrajnym wycieńczeniu), gdzie przeszedł pierwszą terapię, która w tamtych czasach polegała na „przeczyszczeniu i wymiotach”, a podstawowymi lekarstwami były zioła: tzw. belladonna (pokrzyk wilcza jagoda) i olej rycynowy. Tam poznał dr Williama D. Silkwortha, człowieka oddanego w służbie osobom uzależnionym, a później wielkiego przyjaciela AA. AA-owcy nazywali go „małym człowiekiem, który kochał pijaków”. Koniec roku 1933 i prawie cały rok 1934, to apogeum pijaństwa Billa i jednocześnie walka o trzeźwość. W tym czasie jeszcze kilka razy trafiał do szpitala z powodu zapicia, ale był to też czas, kiedy Bill osiągnął – tak potrzebną w rozpoczęciu procesu trzeźwienia – bezsilność wobec alkoholu i świadomość niemożności kierowania już własnym życiem.
Największy wpływ na ten stan świadomości miało świadectwo jego przyjaciela od kieliszka Ebby’ego Thachera, który w jednej z wspólnot religijnych, tzw. Grupach Oksfordzkich, przeżył nawrócenie i przestał pić. Ten z kolei trafił tam po świadectwie innego „beznadziejnego alkoholika”, Rowlanda Hazarda, któremu nie był w stanie nawet pomóc, chyba największy ówczesny psychoterapeuta Carl G. Jung. Otóż Rowland H. po rocznej terapii u prof. Junga w Szwajcarii, wrócił do picia i kiedy chciał z powrotem leczyć się u Junga, ten stwierdził, że jego przypadek potwierdza jego wcześniejsze przypuszczenia, że alkoholizmu nie da się wyleczyć środkami medycznymi, ani technikami psychoanalitycznymi. Zasugerował wtedy, że jedyną skuteczną terapią może być tutaj rozwój duchowości opartej na jakiejś religii i przeżycie czegoś w rodzaju wstrząsu duchowego. Później do kanonu filozofii Anonimowych Alkoholików przeszły jego słynne słowa napisane w liście do Billa Wilsona, opublikowane w styczniu 1963 roku, w numerze The Grapevine, gdzie Jung m.in. pisał: „Alkohol to po łacinie spiritus. To samo słowo oznacza zarazem najgłębsze doświadczenie religijne, jak i najbardziej deprawującą truciznę. Pomocną formułą będzie tu więc: spiritus contra spiritum”.
Usłyszane świadectwa tych trzeźwiejących alkoholików wzbudziły w Billu mieszane uczucia, z jednej strony trudno mu było w to wszystko uwierzyć, a z drugiej strony faktem było, że Ebby T., Rowland H. i kilku jeszcze innych, o których słyszał, byli trzeźwi. Postanowił więc że też pójdzie na spotkanie do Misji, gdzie chodzili Ebby i Rowland. Był to też czas, kiedy Bill był skrajnie już wyczerpany i załamany swoimi porażkami w walce z alkoholizmem. Będąc na misji coś w nim drgnęło, szczególnie kiedy słuchał świadectw innych uczestników spotkania. Wtedy nagle poczuł potrzebę podzielenia się swoim problemem i za chwilę był już na mównicy, gdzie zawierzył swoje życie Bogu. Po tym wydarzeniu Bill przez trzy dni pił, aż nadszedł ten dzień 11 grudnia 1934 roku, kiedy w ciężkim kociokwiku, czekał już właściwie na śmierć, osiągnąwszy stan całkowitego upadku i absolutnej rezygnacji. Bill tak opisuje wydarzenia tego dnia, po których już nigdy nie sięgnął po alkohol:
Przerażająca ciemność otwierała się nade mną. W przerażającej agonii duchowej pomyślałem znów o raku alkoholizmu, który zżerał teraz mój umysł i ducha, a wkrótce i ciało. Zrobię wszystko, absolutnie wszystko! Jeśli Bóg istnieje, niech się ujawni!
Nagle mój pokój rozbłysnął nieopisanie białym światłem. Opanowało mnie uniesienie nie do opisania. Bladła przy tym wszelka radość, jakiej dotąd zaznałem. Światło i uniesienie – to one wypełniały mnie bez reszty. Wtedy oczyma duszy ujrzałem górę. Stałem na jej szczycie, a wiał wielki wiatr. Nie był to wiatr powietrza, lecz wiatr ducha. Z wielką, czystą siłą wiał wprost przeze mnie. Wówczas nadeszła porażająca myśl: «Jesteś wolnym człowiekiem». Nie mam pojęcia, jak długo trwałem w tym stanie, ale w końcu światło i uniesienie ustały. Znów ujrzałem ścianę mojego pokoju. Gdy nieco się wyciszyłem, ogarnął mnie wielki spokój, któremu towarzyszyło uczucie trudne do oddania. Przeniknęła mnie świadomość Obecności, która wydawała się podobna prawdziwemu morzu żyjącego ducha. Spoczywałem na brzegu nowego świata. Pomyślałem: «To musi być największa realność. Bóg kaznodziejów».
Rozkoszując się swym nowym światem, trwałem w tym stanie przez dłuższy czas. Czułem się zawładnięty przez absolut i pogłębiała się we mnie niezwykła pewność, że niezależnie od tego, jak złe mogą wydawać się nam różne rzeczy, niepodobna wątpić w ostateczną prawość panującą w świecie Boga. Pierwszy raz w życiu zyskałem poczucie prawdziwej przynależności. Wiedziałem, że jestem kochany i potrafię odwzajemniać miłość. Dziękowałem mojemu Bogu, który pozwolił mi zaznać Jego absolutnej jaźni. Choć byłem nadal pielgrzymem podążającym niepewnym szlakiem, już nie musiałem się martwić, bo zaznałem nadprzyrodzonej wolności”.
Po tym wydarzeniu Bill przez kilka dni zastanawiał się, czy jest jeszcze przy zdrowych zmysłach, ale fakt, że opuściła go obsesja picia sprawił, że zaczął powoli w to wierzyć. Wpadł też wtedy na pomysł, żeby ideę nawrócenia (później słowo nawrócenie zamieniono na przebudzenie duchowe) głosić innym alkoholikom. Zaczął więc Bill odwiedzać szpital psychiatryczny, w którym kiedyś sam się leczył i nawracał innych alkoholików – bez powodzenia. Bill nie rozumiał dlaczego to nie działa i czemu on wytrzeźwiał w taki sposób, a inni nie. Trzeba było jeszcze długiego czasu zanim Bill zrozumiał, że nawracanie i moralizowanie nie jest najlepszym sposobem pomagania alkoholikom, ale to świadectwo życia i walki o trzeźwość przemawia do nich. Jego słuchacze tłumaczyli mu, że nie rozumieją jego wydarzenia, kiedy doświadczył Boga, ale znakomicie odnajdują się w jego historii picia. Później dotarło do Billa, że każdy człowiek szczerze pragnący przestać pić ma swoje własne Wydarzenie i swojego własnego Boga, którego pojmuje na swój sposób. Od początku też Bill uświadomił sobie, że alkoholizm dotyka nie tylko chrześcijan, ale i ludzi innych wyznań, ateistów i agnostyków, dlatego też później w Krokach zaczęto posługiwać się terminem „Bóg, jakkolwiek Go pojmujemy”. Dotarło też do niego (po lekturze książki amerykańskiego filozofa i psychologa profesora Williama Jamesa: Różnorodność doświadczeń religijnych), że nawrócenie czy też przebudzenie duchowe może być gwałtowne, jak w jego przypadku, ale może też się dokonywać stopniowo, czasem przez całe życie. Po za tym zauważył, że zarówno w jednym, jak i drugim przypadku, wszystkie przypadki opisane przez prof. Jamesa miały podobny przebieg. Otóż, każda z opisanych osób doświadczała pewnej życiowej porażki i załamania się z tego powodu, doświadczając bezsilności. Następnie było przyznanie się do klęski i zwrócenie się do Siły Wyższej po pomoc, niekoniecznie rozumiejąc Siłę Wyższą w kategoriach religijnych.
Bill zbierał i analizował te wszystkie doświadczenia, które jak wiemy, potem stały się podwalinami Programu 12 Kroków AA. Dalej, jak już wiadomo, Bill spotkał dr Boba i rozpoczął się proces powstawania wspólnoty Anonimowych Alkoholików, ale to już inna historia… Wróćmy do idei naszej ławeczki.
Historia życia Billa W., Boba S., a wcześniej jeszcze Ebby’ego T., Rowlanda H., Shepa C., Billa D., Ernie’go G. i wielu innych sprawiła, że poczułem z tymi ludźmi bliską więź. Zrozumiałem, że moja historia jest podobna, że ja też kiedyś doświadczyłem porażki życiowej i osiągnąłem stan absolutnej bezsilności. Ja też na swojej drodze spotkałem innego trzeźwiejącego alkoholika, który opowiedział mi swoją historię, a która zasiała we mnie nadzieję, że może i u mnie w życiu coś się kiedyś wydarzy. Ja też zwróciłem się o pomoc do Boga, którego wtedy zupełnie inaczej pojmowałem, niż teraz. Ja też dostałem nowe życie, a ponad 20. letni okres trzeźwienia i spotkań z innymi alkoholikami (i nie tylko) czy to w moim środowisku, czy to w AA, czy też w pracy w poradni, czy właściwie gdziekolwiek, uświadomił mi, że każdy z nas jest inny, każdy ma swoje życie, swoje własne porażki, swój pogląd na Boga, Siłę Wyższą, ludzi i świat, i swoją własną, niepowtarzalną „opowieść do poduszki”. Każda taka historia ma swoją cenę i wartość, którą my sami nie jesteśmy w stanie oszacować, ale która może okazać się, że dla innych będzie opowieścią ratującą życie. W 1975 roku papież Paweł VI napisał w encyklice „Evangelii nuntiandi”, że: „Współczesny świat potrzebuje bardziej świadków, aniżeli nauczycieli. A jeżeli słucha nauczycieli, to dlatego, że są świadkami.” Czy można się z tym nie zgodzić? Któż z nas chce być na siłę nawracany? Czy nie doświadczyliśmy czegoś podobnego, słuchając z różnych mównic i ambon pustych, niczym niepopartych słów, tzw. tęgogłowych?
Okazuje się również, że nasze historie mają wartość terapeutyczną. W 1980 roku dwaj psychoterapeuci Michael White i David Epston zauważyli związki pomiędzy tym, jak dana osoba opisuje siebie i swoje życie a tym, jak go doświadcza i je rozumie i opracowali podstawy tego, co dzisiaj nazywamy terapią narracyjną. Podstawową zasadą takiej terapii jest fakt, że to ludzie nadają sens swoim doświadczeniom. A najważniejsze doświadczenia zbieramy przecież w kontakcie z innymi ludźmi. Każdy więc z nas może stać się poniekąd terapeutą dla innych…? Historie życia – czyli tzw. narracje – wykorzystuje się też w innych rodzajach terapii, gdzie zdrowienie dokonuje się podczas poszukiwań się sensu własnego życia (logoterapia, psychoterapia egzystencjalna i inne).
Tak więc nie dość, że historie życia mają moc ozdrowieńczą, to jeszcze tworzą podwaliny ludzkich przyjaźni. Bill w jednym z artykułów w The Grapevine, napisał coś takiego:
„Jesteśmy ludźmi, którzy w normalnych warunkach nie trzymaliby się razem. Pomimo to istnieje wśród nas wspólnota, przyjaźń i niezwykłe wprost zrozumienie. Czujemy się jak pasażerowie wielkiego statku po uratowaniu z katastrofy, gdy poczucie wspólnoty, radości i demokratycznego współistnienia przepełnia cały statek od zatłoczonych, tanich kabin dla emigrantów aż po dostojnych gości przy stole kapitańskim. W odróżnieniu od reszty pasażerów nasza radość z powodu przeżycia katastrofy nie zmniejsza się po zakończeniu rejsu. Wspólne doświadczenie przeżycia katastrofy cementuje naszą przyjaźń”.
Tak więc to wspólne doświadczenia sprawiają, że stajemy się przyjaciółmi i to w różnych kontekstach życiowych. Trzeba w tym momencie wspomnieć o żonie Billa, Lois, która mimo swoich cierpień nigdy go nie opuściła i gdzieś z boku brała udział w tej katastrofie wielkiego statku. Lois reprezentuje więc całą rzeszę ludzi cierpiących w cieniu alkoholika, tzw. osób współuzależnionych. To też są przyjaciele Billa W., a więc i nasi przyjaciele, oni też mają swoją „opowieść do poduszki”. Są wreszcie i ludzie, którzy w sposób bezpośredni nie doświadczyli skutków alkoholizmu, ale którzy na swój własny sposób realizują – jak się dziś okazuje – uniwersalny Program 12 Kroków i ofiarują swój czas, talent, a nierzadko i środki materialne ludziom uzależnionym. To również przyjaciele Billa W. Jak można wyczytać w historii jego życia, bez tych ludzi nie powstało by to wielkie dzieło, są to m.in.: Carl G. Jung, dr William D. Siklworth, Samuel Shoemaker, John D. Rockefeller, Eddie Dowling – duchowy sponsor Billa W., dr Russell E. Blaisdell, Henrietta Seiberling – kobieta, która skontaktowała Billa W. z Bobem S., dr Harry M. Tiebout, Nell Wing – sekretarka Billa W., dr Jack Norris – powiernik AA, nie będący alkoholikiem, Leonard V. Strong – szwagier Billa, powiernik AA, nie będący alkoholikiem i setki innych osób.
Świadomość posiadania tylu przyjaciół naprawdę buduje, a przecież – chociażby dzięki „Ławeczce przyjaciół Billa W. – możemy mieć ich jeszcze więcej. Myślę więc, że idea „Ławeczki przyjaciół Billa W.” oprócz tego, że mogłaby być konkretną MOJĄ I TWOJĄ (tzn. fundatorów ławeczki i przyjaciół Billa W.) propozycją pomocy ludziom walczącym o trzeźwość, to również miejscem spotkań specyficznego rodzaju ludzi – ludzi, którzy mają swoją opowieść i duchowość, a duchowość to nic innego, jak opowieść o spotkaniu z inną rzeczywistością.
I na koniec mała refleksja. Chociaż Bill W. już fizycznie nie żyje (przeszedł do innej rzeczywistości 24 stycznia 1971 roku), to ja osobiście wierzę, że nawet teraz gdzieś tam w niebiesiech, po przyjacielsku, dalej niesie pomoc innym alkoholikom, wstawiając się za nimi do Boga, jakkolwiek Go teraz pojmuje.

Jacek W.

Billa W. udało mi się poznać m.in. dzięki tej książce, ale i z takich pozycji jak: Anonimowi Alkoholicy, Anonimowi Alkoholicy wkraczają w dojrzałość, The Best of Bill, Jak to widzi Bill. AA jako droga życia... Wybór pism współzałożyciela AA, Doktor Bob i dobrzy weterani. Biografia, wraz ze wspomnieniami o początkach AA na Środkowym Zachodzie, wszystko wydane przez Fundację Biuro Służby Krajowej Anonimowych Alkoholików w Polsce, Warszawa. Ponadto korzystałem z tekstów, które można znaleźć w Internecie, jak chociażby na stronie http://materialy.przyjaciele-billa-w.pl, czy http://www.silkworth.net.